jesteś na: Strona głównaO Rotmistrzu...

Wiem, gdzie leży mój ojciec

2012-11-07

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego, rozmawia Bogusław Rąpała


Za dwa miesiące być może rozpoczną się ekshumacje na Powązkach Wojskowych, na tzw. Łączce, miejscu pochówku kilkuset ofiar komunistycznych represji straconych w latach 1948-1954. Według badaczy, najprawdopodobniej tam został pochowany również rotmistrz Witold Pilecki. Wierzy Pani, że uda się wreszcie odnaleźć ciało Pani ojca?
- Bardzo bym tego chciała, ale według mnie, jest to próżny trud. Minęło już tyle lat... To po prostu nie jest już ten czas. Doły, w których grzebano te - dla nas święte - ciała, były wypełnione wapnem. Dziś wydaje się więc czymś niemożliwym, aby w stu procentach wskazać dokładne miejsce, gdzie został pochowany rtm. Witold Pilecki. Gdyby ekshumację przeprowadzono dziesięć lat po jego śmierci... Tam teraz nie ma miejsca, żeby robić takie wykopy, wszędzie są groby. Ale ja mam własne przemyślenia i dowody, na podstawie których wiem, gdzie jest grób mojego ojca. To na pewno Łączka i to mi wystarczy.

Ciała grzebano potajemnie. Udało się Pani dotrzeć do jakichś świadków tamtych wydarzeń?
- Nic z tych rzeczy. To jest tajemnica. Ci, którzy ich zakopywali, także ginęli. Trudno sobie wyobrazić, jakie to były czasy i jakie stosowano metody. Sama szukałam grobu ojca. Można powiedzieć, że krążyłam po Łączce jak obłąkana. To była moja walka o to, żeby mieć to święte miejsce, gdzie złożono jego ciało. Trzeba jednak pamiętać, że w tamtym czasie, a więc w latach 40. i 50., w miejscu dzisiejszej kwatery Ł nie było nic. Ziemia była przeorana kołami samochodów, które przywoziły tam ciała osób zakatowanych w stalinowskich więzieniach. Te ciała wrzucano do dołów z wapnem. Kiedy założyłam rodzinę, zmarło moje drugie dziecko. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się stało. Córeczka Krysia miała zaledwie dwa dni. Pochowaliśmy ją w maleńkiej mogile na Łączce, na kawałku ziemi, gdzie jeszcze nie było innych grobów. Grób małej Krysi traktuję niemal jako rzeczywistą mogiłę mojego ojca. To on wskazał mi to miejsce. Owszem, w kwaterze Armii Krajowej znajduje się symboliczny grób rtm. Witolda Pileckiego, tam została pochowana również moja mama, ale dla mnie jest to tylko symbol.

Rotmistrz Pilecki został rozstrzelany 25 maja 1948 r. w więzieniu na Rakowieckiej. Jakie starania podejmowała Pani przez te wszystkie lata, aby zdobyć bardziej szczegółowe informacje na temat okoliczności jego śmierci?
- W momencie, kiedy nastąpiła tzw. odwilż i uzyskałam możliwość dotarcia do akt sprawy w prokuraturze wojskowej, na podstawie protokołu z wykonania wyroku dowiedziałam się, że ojciec został stracony o godz. 21.30. Zanim do tego doszło, był torturowany. Śledztwo było potworne. Do rozprawy jeszcze jakoś wyglądał. Natomiast po skazaniu go na karę śmierci rozpoczął się najtragiczniejszy okres. Był strasznie zmaltretowany, miał połamane obojczyki. W ostatnich chwilach życia powiedział mojej mamie: "Ja już nie mogę żyć. Oświęcim to była igraszka w porównaniu z tym, co tutaj przeżyłem".
Wiem, że przy jego śmierci był ksiądz, a to się bardzo rzadko zdarzało. Jednak do ks. kpt. Wincentego Martusiewicza, bo to o niego chodzi, nie udało mi się nigdy dotrzeć.
Byłam wszędzie, nawet u premiera Cyrankiewicza. Udało mi się z nim spotkać w ostatnich momentach jego życia. Chciałam tylko wiedzieć, gdzie spoczywa ciało mojego ojca, nic więcej. Ale on zupełnie nie kojarzył postaci rtm. Witolda Pileckiego. Powiedziałam, że jestem jego córką i chcę, żeby wykorzystując swoje znajomości, pomógł mi ustalić, gdzie jest pochowany. Ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Wszystkie dokumenty z procesu ojca dostałam dopiero wtedy, gdy nastąpiła jego "rehabilitacja", czyli w 1990 roku.

Obóz koncentracyjny i raporty z Auschwitz, walka w Powstaniu Warszawskim, straszliwe męczarnie w stalinowskim więzieniu. Jak określiłaby Pani misję swojego ojca, którą przypłacił życiem?
- Ojciec to człowiek posłany przez Pana Boga do pełnienia tragicznej misji. W czasie swojego krótkiego życia (gdy zginął, miał 47 lat) przeszedł drogę krzyżową. Ktoś inny nie byłby w stanie zrobić tego, co zrobił rotmistrz Pilecki. To jest niemożliwe. Przebywając przeszło dwa i pół roku w piekle Auschwitz, zorganizował tajny Związek Organizacji Wojskowej, który miał na celu przekazywanie wiadomości o tym, co się dzieje w obozie.
Potem ta nieprawdopodobna ucieczka z obozu. I jego szacunek dla każdego człowieka, dla każdego życia, aby, broń Boże, nie zorganizować ucieczki wtedy, gdy za jednego więźnia, który się na to zdecydował, życie traciło wielu innych. Poczekał więc i uciekł w czasie, kiedy już Czerwony Krzyż zainteresował się niemieckimi obozami koncentracyjnymi. Potem przybył do stolicy, gdzie brał udział w Powstaniu Warszawskim. Jego reduta walczyła do samego końca powstania. Po dostaniu się do niewoli wraz z innymi więźniami został przewieziony do obozu Lamsdorf, a następnie do Murnau. W grudniu 1945 r. wrócił do Warszawy, aby prowadzić walkę podziemną z kolejnym okupantem. Ostatnią stacją jego drogi krzyżowej stało się więzienie na Rakowieckiej.

Czuje Pani obecność ojca w swoim życiu? Pomaga Pani w walce o zachowanie pamięci o nim?
- Cały czas mam kontakt ze swoich ojcem. Żeby to wytłumaczyć, muszę sięgnąć do lat mojego dzieciństwa. Byłam dla niego "generałką". Nazywał mnie tak, ponieważ byłam bardzo dzielną, małą dziewczynką i nie bałam się koni, dlatego często sadzał mnie na piękną klacz w naszym majątku Sukurcze. Przez sześć lat, kiedy miałam z nim kontakt, nauczył mnie właściwe wszystkiego: miłości do przyrody, radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Szczególnie kiedy wrócił z Auschwitz, podkreślał, jak ważny jest hart ducha i ciała. Kładł duży nacisk na sport: musiałam umieć świetnie pływać, grać w piłkę siatkową, biegać. Najważniejsze były te dyscypliny, które zwiększały możliwości przetrwania w sytuacjach ekstremalnie trudnych. Ojciec bardzo się cieszył, widząc, jakie robię postępy. Uczył mnie również konspiracji. W czasie niemieckiej okupacji jeździliśmy tramwajem po Warszawie. Kiedy wsiadaliśmy i szliśmy ulicą, szłam kilka kroków przed ojcem, ażeby, gdy tylko zobaczę zagrożenie w postaci niemieckiego patrolu, móc go ostrzec. Miałam już wtedy 12 może 13 lat, a więc drugie tyle, niż wtedy, gdy nas zostawił w Sukurczach.

Czym Pani tłumaczy tę zmowę milczenia, która po części trwa do dziś?
- Dziś mamy zupełnie inne czasy. Ale przed kilkoma laty 22 naszych europosłów wyparło się w Parlamencie Europejskim rotmistrza Pileckiego jako obywatela Polski. To było jeszcze przed nadaniem mu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderu Orła Białego. Postać Witolda Pileckiego stale budzi jakieś kontrowersje. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, bo przecież jest to postać niebywała.
Mój ojciec od dziecka był harcerzem. Temu, co jako młody chłopak przysięgał na harcerski sztandar, był wierny do końca życia. Nie był politykiem, tylko wspaniałym polskim żołnierzem, powiedziałabym nawet - rycerzem. Kiedyś usłyszałam piękne zdanie: "Rycerz ma swoją własną tajemnicę - on ginie, ale nigdy nie umiera".
To jest to, co się dzieje w tej chwili. Coraz więcej szkół na terenie całej Polski nosi imię rtm. Witolda Pileckiego. Półtora roku temu było ich jedenaście, teraz jest dwa razy tyle. Kiedy jest mi smutno i źle, jadę do jednej z nich. Tam czuje się patriotyzm, czuje się polskość.
Jego imieniem nazywane są ulice, ronda, skwery. Stawiane są mu pomniki i wmurowywane tablice. Kiedyś mogłam te miejsca wymienić z pamięci, teraz nie jestem w stanie, bo jest ich tak dużo. To coś nieprawdopodobnego.

Dlaczego tak się dzieje?
- Są to inicjatywy oddolne. Kiedy ojciec wracał do Warszawy na swoją ostatnią misję, miał za zadanie odnowienie ducha Narodu Polskiego. W czasie obydwu okupacji przeszliśmy straszliwą gehennę. Niszczono wszystkich, którzy mogliby podnieść sztandar i poprowadzić sztafetę pokoleń. Więc nie było komu - wszyscy najwspanialsi polegli w walce bezpośredniej albo w takich kazamatach jak Rakowiecka czy inne straszne więzienia w rzekomo wolnej Polsce. Dlatego nie ma tej ciągłości pokoleń, jaką mieli Kolumbowie. Oni zostali wychowani w duchu patriotyzmu w wolnej Polsce, stąd Powstanie Warszawskie. To były przepiękne postacie, dla których takie wartości jak Bóg, Honor, Ojczyzna naprawdę coś znaczyły. Szczególnie Honor - to była dla nich święta rzecz.

Bywa Pani czasem na Rakowieckiej, gdzie został zamordowany Pani ojciec?
- 25 maja o godz. 21.30 zawsze tam jestem, bo chcę być w miejscu, gdzie wydał ostatnie tchnienie. Najpierw przychodziłam tylko z mężem, potem także z dziećmi. Co roku przybywa ludzi - jedna osoba mówi o tej dacie innym. W zeszłym roku przyjechali nawet uczestnicy Rajdu Katyńskiego ze swoim sztandarem.
Jestem też na różnych uroczystościach w samym więzieniu, np. w czasie wmurowania i poświęcenia tablic pamiątkowych. W tym roku odbyła się tam Msza św. dla byłych więźniów - ofiar komunistycznych represji. Innym razem dyrektor więzienia poprosił mnie, żebym złożyła kwiaty w celi śmierci. W innej niż zginął mój ojciec, bo jego celi już nie ma - jest tam obecnie parking. Mimo to przebywanie w pomieszczeniu, w którym mordowano tych ludzi, było dla mnie ogromnym przeżyciem.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik
22 marca 2012, Nr 69 (4304)