jesteś na: Strona głównaO Rotmistrzu...

Nazywał mnie swoją generałką

2012-11-07

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego, i jej wnukiem Krzysztofem Kosiorem rozmawia Mariusz Bober


Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego, i jej wnukiem Krzysztofem Kosiorem rozmawia Mariusz Bober

Pani ojciec, rtm. Witold Pilecki, znany jest przede wszystkim jako bohater podziemia niepodległościowego. Zostawił jednak po sobie nie tylko niezwykłe dokonania na tym polu, ale też... obrazy i obrazki dla dzieci, rysowane także dla Pani. Ocalały jakieś z wojennej zawieruchy?
Zofia Pilecka-Optułowicz: - Oprócz krasnoludków praktycznie nic nam nie zostało. Natomiast w kościele parafialnym w Krupie [obecnie na terenie Białorusi - red.] znajdują się do dziś dwa obrazy ojca. Pamiętam także obraz (fresk) Matki Bożej Karmiącej namalowany nad łóżkiem rodziców. Często patrzyłam na niego. Dla mnie i mojego brata Andrzeja ojciec narysował w liście z obozu w Oświęcimiu obrazek wyobrażający dwa krasnale kołyszące się na belce. Z kolei w listach do brata rysował laubzegę [piłka do cięcia dykty, przydatna do sklejania modeli np. samolotów czy statków]. Podczas okupacji zaś, gdy mieszkaliśmy w Warszawie, zabrał nas do malarki, która namalowała mnie i bratu portrety. Niestety, nie przetrwały wojny.

A jaki obraz ojca i pierwszego okresu życia w rodzinnym dworze w Sukurczach przetrwał w Pani pamięci?
- Pamiętam zwłaszcza piękną aleję lipową, która małemu dziecku wydawała się ogromna. Okalała dwór i chroniła go od wiatrów północy. Na zakręcie był tzw. wzgórek, który ojciec pięknie opisuje w poemacie, ukazując wrażliwą część swojej duszy:

Ta górka zakryta z trzech stron zaroślami,
spireą, bzem, krzewem o dziwnych jagodach,
rosnących swobodnie przez długie już lata,
stworzonej wyłącznie natury kaprysem,
jedynie od Krupy był wolny wgląd w teren,
i wzrok mógł swobodnie w dal wybiec na pola.
Pod daszkiem z gałęzi,
co same się splotły w misterny parasol,
chroniący wśród lata od deszczu,
istniała niewielka ławeczka dla tych,
którzy chcieli się ukryć od świata.
Tu młodzi śnić mogli o szczęściu we dwoje,
wtuleni w bzów kwiecia pachnące okiście
wzrok wznosząc ku niebu
skąd do nich gwiazd roje
mrugały w noc letnią, a księżyc przez liście słał
srebrną poświatę, i wśród tajemniczych
półcieni utrwalał czarowny świat bajki...

Te obrazki ojca symbolizują w pewien sposób bajkowy pierwszy okres Pani życia?
- Dokładnie. Na tę bajkę składały się różne rzeczy, nawet klacz, na której ojciec jeździł, a także codzienne spacery z nim, spotkana na drodze biedronka, której nie wolno nam było nadepnąć. Udzielał nam w ten sposób prawdziwej lekcji przyrody, opowiadał o zwierzętach, roślinach, itd. Mówił o tym, że każde stworzenie ma swoje miejsce i pełni ważną rolę w wielkim łańcuchu życia. Niestety, nie wszystko zapamiętałam, miałam wtedy jakieś 5 lat. Pamiętam jednak, że ojciec był ze mnie bardzo dumny, że nie bałam się wsiadać na konie, które bardzo lubił, dlatego nazywał mnie swoją generałką. Za domem był duży sad, a ciocia Wandzia (siostra ojca), która mieszkała razem z nami, miała tam pasiekę. Byliśmy więc z bratem otoczeni troską przez cały dzień, jeśli nie przez ojca lub mamę, to przez ciocię czy służbę. Pamiętam, jak ojciec poił nas z bratem wodą z krynicy, czyli źródła, które biło niedaleko dworu. Okoliczni wieśniacy przychodzili po tę wodę, by leczyć chorych. Służba odwzajemniała troskę ojca o nich serdecznością wobec nas.

Ojciec zapewne przekazywał Pani i bratu nie tylko szacunek dla przyrody...
- Rzeczywiście, uczył nas bardzo różnych rzeczy, począwszy od tego, byśmy nie garbili się, siedząc przy stole, po zobowiązanie, byśmy zawsze mówili prawdę. Ojciec pilnował też, byśmy rano zmówili pacierz, umyli zęby i zameldowali mu, że jesteśmy gotowi do śniadania, na które zawsze była owsianka. Można było sobie mniej nałożyć na talerz, ale trzeba było wszystko zjeść. Także w ten sposób uczył nas odpowiedzialności.

Zawsze Pani zjadała śniadanie do końca?
- Czasem nie chciałam, wtedy zwykle resztki wrzucaliśmy z bratem do mysiej dziury. Tak dokarmialiśmy w ten sposób myszy, że bardzo szybko zaczęły się rozmnażać. Kiedyś, ku przerażeniu mojej mamy, która bardzo się ich bała, zaczęły spacerować po kanapie, na której odpoczywała po powrocie ze szkoły. Do dziś pamiętam krzyk mamy i walkę z myszami przy pomocy przyniesionego natychmiast kota.

Jak ojciec łączył te swoje liczne zainteresowania i aktywność? Na początku musiał ciężko pracować, by podnieść z ruiny rodzinny majątek...
- Tak, ojciec bardzo ciężko pracował i szanował pracę innych. Mama opowiadała mi, że gdy brał udział w przyjęciach organizowanych u właścicieli okolicznych majątków, wymykał się wcześniej, by wrócić do domu przed brzaskiem. Nie chciał bowiem spotkać ciężko pracujących od świtu na polu ludzi. Był bardzo wrażliwy na ciężką pracę. Dlatego raziło go, że handlarze za marne grosze kupowali od chłopów owoce ich pracy, a sprzedawali je po niezwykle wysokich cenach. Stąd też ojciec założył w Krupie spółdzielnię, która skupowała od chłopów płody rolne po wyższych cenach, bo jako większy podmiot mogła wynegocjować sprzedaż na korzystniejszych warunkach.

Więc - mówiąc dzisiejszym językiem - łączył działalność gospodarczą i społeczną...
- Ojciec był jednak przede wszystkim społecznikiem. Będąc gospodarzem w Sukurczach, tak naprawdę pełnił jednocześnie rolę dzisiejszego pracownika socjalnego. Gdyby nie wybuch II wojny światowej, zrobiłby wiele dobrego dla całego rejonu. On ciągle musiał działać. Mama pracowała w szkole także dlatego, by mieć za co kupić np. ubrania dla nas. Ojciec bowiem wszystkie pieniądze przeznaczał albo na organizowanie szkoleń wojskowych, albo na działalność społeczną. Ludzie jednak to docenili. Po wkroczeniu Sowietów 17 września 1939 r. mieszkańcy otoczyli nas opieką, czując się w obowiązku jakby oddać nam to, co sami dostali od ojca.

Wybuch II wojny światowej zmienił dotychczasową życie w koszmar. Wkraczający Sowieci liczyli na wykorzystanie chłopów i robotników w walce m.in. z ziemiaństwem...
- Jednak właśnie wtedy okoliczni mieszkańcy bardzo nam pomogli. Pamiętam, jak pewien gospodarz ukrywał nas w swojej chacie. Schowaliśmy się pod stosem poduszek i pierzyn puchowych. W pewnym momencie przyszedł Rosjanin i podziurawił je bagnetem, szukając nas. Na szczęście nie znalazł. Ci prości ludzie bardzo nam wtedy pomogli. Zima z 1939 na 1940 rok była tak sroga, że chodziliśmy między budynkami tunelami wykopanymi w ogromnych zaspach. Właśnie wtedy przekroczyliśmy zieloną granicę między okupacją sowiecką i niemiecką, choć udało się to dopiero za drugim razem. Za pierwszym - oszukał nas przewodnik i zostawił nas przed granicą, uciekając z pieniędzmi. Musieliśmy wracać i znów zbierać pieniądze. Pomogła nam ciocia Wisia (Wiktoria Rogawska - siostra mamy mieszkająca w Wołkowysku). Jednak zanim drugi raz dotarliśmy na granicę, zatrzymali nas Sowieci. Mamę wzięli na przesłuchanie, a ja z bratem czekałam na schodach. Przechodzący żołnierze popychali nas i kopali. Jędrek z nerwów dostał rozstroju żołądka. Tam spędziliśmy noc, a rano zabrano nas z mamą na rewizję. Najpierw zaczęli rewidować mamę, odebrali jej wszystko - pieniądze, pierścionki, obrączkę. Ja miałam wszyte pieniądze w ubraniu, a w warkoczu ukryty pochodzący jeszcze z chrztu obrazek Matki Bożej Ostrobramskiej. Gdy jakaś Rosjanka chciała mnie zrewidować, zachowałam się rzeczywiście jak generałka, choć miałam wtedy 6 lat. Zaczęłam tak głośno krzyczeć, że kobieta popchnęła mnie i zostawiła ostatecznie w spokoju.

Wypuściła wszystkich?
- Tak, i od razu poszliśmy na stację kolejową. W drodze poczułam zapach pieczonego w pobliskiej piekarni chleba. Do dziś go pamiętam, tak byliśmy głodni.

Udało się w końcu przekroczyć granicę?
- Udało się, choć przechodząc przez druty rozciągnięte wzdłuż granicy, zaczepiłam o nie ubraniem w momencie, gdy snop światła rzucany przez ogromny reflektor zbliżał się do miejsca, w którym przed chwilą jeszcze bezsilnie zawisłam. Po wielu perypetiach dotarliśmy do domu babci (ze strony mamy) w Ostrowi Mazowieckiej. Tam doświadczyłam straszliwej okupacji niemieckiej. Ostrów jest otoczona Puszczą Białą, w której ukrywali się partyzanci. Często dokonywali nocnych ataków na Niemców. Z kolei gestapo mściło się na ludności cywilnej. Widziałam często, jak Niemcy rozstrzeliwali aresztowanych mieszkańców. Bałam się nawet chodzić do szkoły, która była położona na drugim końcu miasta.

Docierały do Pani lub do mamy jakieś wiadomości od ojca?
- Tak, po pewnym czasie otrzymywaliśmy listy, już z Oświęcimia. Gdy ojciec dobrowolnie się tam dostał, wydało mu się, że jest w piekle, które jednak później "zbladło" przy więzieniu na Rakowieckiej. Mimo to wytrwał w Auschwitz 2,5 roku. Miał misję, podobnie jak o. Maksymilian Kolbe, tylko stacje drogi krzyżowej ojca były nieco dłuższe. Zorganizował tam pierwszy ruch oporu - Związek Organizacji Wojskowej, na terenie obozu, zajmujący się m.in. pomocą dla więźniów. Kiedy uciekł z Auschwitz, spotykaliśmy się dość często, aż do wybuchu Powstania Warszawskiego. Intensywnie wtedy trenowałam, m.in. biegi i gimnastykę, by zaimponować ojcu. Traktował mnie już jak dorosłą osobę. Po prostu cały czas przygotowywał nas do tego, że może go zabraknąć, a wówczas musimy sobie sami dawać radę. Postrzegałam świat przez pryzmat tego, co przekazał mi ojciec, a starał się przekazać jak najwięcej, tak jakby czuł, że będzie miał mało czasu, by zaszczepić w nas to, co było dla niego najważniejsze, abyśmy lepiej żyli. On już w tych Sukurczach, w których mnie zdawało się, że jestem w raju, przeczuwał dalsze swoje losy i swoją - jak to nazywam - drogę krzyżową, która zakończyła się na Rakowieckiej.

Czy były jeszcze jakieś spotkania z ojcem?
- Nie, spotykaliśmy się później, po jego powrocie z obozów w Łambinowicach i Murnau, gdzie trafił po Powstaniu Warszawskim. Zapamiętałam zwłaszcza Wigilię Bożego Narodzenia, którą zorganizował nam z mamą w Warszawie w 1946 roku. Ojciec zdobył gdzieś prawdziwą zieloną choinkę. Udekorował ją biało-czerwonymi kokardkami i świeczkami w takich samych barwach. Wigilię spędziliśmy z ojcem w zajmowanym przez niego małym pokoiku. Tak jak w wielu warszawskich mieszkaniach nie było tam szyb. Ojciec uszczelnił więc okna pergaminem, który charakterystycznie drgał, gdy palące się świeczki ogrzały zimne powietrze.

To ostatnie święta spędzone razem?
- Święta były ostatnie, ale ojciec często przyjeżdżał do nas do Ostrowi Mazowieckiej. Wysiadał na wcześniejszej stacji i szedł przez pola do domu babci. Czekałyśmy na niego szczególnie na imieninach mamy, które obchodziła 12 maja. Wiedziałam już wtedy, że ojciec się ukrywa. Gdy został aresztowany, po prostu czułam, że coś się stało z ojcem, miałam z nim niezwykły, wręcz ponadzmysłowy kontakt. Tego wieczoru, gdy obchodziliśmy imieniny mamy, w 1947 r., usnęłam na fotelu, czekając na ojca. Zbudziło mnie stuknięcie w szybę. W pierwszej chwili poderwałam się i otworzyłam okno, krzycząc do mamy, że przyjechał ojciec. Mama otworzyła drugie okno, ale nikogo nie zobaczyłyśmy. Zrozumiałam, że był to znak, iż coś mu się przytrafiło. Prawdopodobnie wtedy był już po pierwszych ciężkich przesłuchaniach. Wkrótce potem dostałyśmy z mamą wiadomość od znajomej, że ojciec został aresztowany. Miałam jeszcze nadzieję - jak się okazało płonną - że go zobaczę. I rzeczywiście, przyszedł czas, do którego zawsze nas przygotowywał, że zostałam niemal sama...

Była Pani przygotowana?
- Przypomniałam sobie wtedy to, czego uczył mnie ojciec. Nazywał mnie dziedziczką świeżego powietrza i mówił, że może się tak zdarzyć, iż zostanie mi tylko świeże powietrze, dlatego muszę sobie radzić w życiu. Miałam także obowiązki wobec mamy, którą później, gdy zaczęła chorować, przez wiele lat się opiekowałam. Wtedy jednak mama pracowała w Warszawie, a ja mieszkałam nadal u babci w Ostrowi. Domyślałam się, że coś ojcu zrobili i że już do nas nie wróci. Uczyłam się wtedy w I klasie gimnazjum w Ostrowi. Moi rówieśnicy początkowo nawet nie wiedzieli, że jestem córką rotmistrza Witolda Pileckiego. Jednak pod koniec procesu ojca zostałam "zidentyfikowana". Na jakiejś przerwie podeszła do mnie wychowawczyni i spytała mnie: "Słuchaj, a ten Pilecki, to może jest twój ojciec?". Odpowiedziałam: "Tak, to jest mój ojciec i jestem z niego bardzo dumna". Bardzo mocno przeżyłam jego proces.

Reżim PRL mścił się także na rodzinie "wroga ludu"...
- Najpierw odbiło się to głównie na mamie. Nigdzie nie chciano jej już zatrudnić jako nauczycielki. Robiła więc bardzo różne rzeczy. Podczas wakacji pracowała na obozach i koloniach, by zarobić pieniądze choćby na ubrania i obuwie dla nas. Miałam już tak wszystkiego dość, że w klasie maturalnej przeniosłam się z Ostrowi do Warszawy. Było nam bardzo ciężko, bo mamie trudno było znaleźć pracę i mieszkanie. Na szczęście jakimś cudem udało jej się wtedy zdobyć pracę w ośrodku szkoleniowym Ministerstwa Handlu Zagranicznego w Miedzeszynie. Wkrótce potem została zwolniona, ale otrzymała jakąś klitkę w małym drewnianym budynku, tzw. letniaku. Kiedy przyjechałam do niej, dostawiła jakieś łóżko polowe. Zamieszkałyśmy razem w tych niezwykłych warunkach. Latem było gorąco, a zimą wiatr hulał między deskami. Grzałyśmy się przy małym piecyku zwanym kozą. Dopóki się w nim paliło, było ciepło, ale gdy przestawał grzać, od razu robiło się zimno. Do matury uczyłam się więc w palcie i rękawiczkach. Wkrótce potem moje paltko było tak wytarte, że bardzo się zdziwiłam, iż zaczął się mną interesować przystojny chłopak, dobrze sytuowany, który później został inżynierem. Okazało się, że jego wzrok przyciągały moje rude warkocze, bo taki mam naturalny kolor włosów. Było mi bardzo głupio, gdy przychodził do mnie do tej klitki.

To on został Pani mężem?
- Nie, nic z tego nie wyszło. Męża poznałam znacznie później.

Kiedy dowiedziała się Pani o śmierci ojca?
- Oficjalne dokumenty ze strony władz dostałam dopiero podczas rehabilitacji ojca na początku lat 90. Wówczas dowiedziałam się, że został rozstrzelany 25 maja 1948 r. o godz. 21.30 w więzieniu na ul. Rakowieckiej. Oczywiście, słyszałyśmy pod koniec procesu, że ojciec dostał wyrok śmierci, ale początkowo ani ja, ani mama nie wierzyłyśmy, że rzeczywiście go zamordowano. Już po zakończeniu procesu mama pojechała na Rakowiecką zawieźć paczkę, ale jej nie przyjęto, mówiąc, że ojciec wyjechał. Później jeszcze wielokrotnie powtarzano, że go nie ma. Jak wiadomo, do dziś nie odnaleziono szczątków ojca. Tak się jednak złożyło, że wiele lat po jego śmierci w pewien sposób moja zmarła córeczka wskazała przybliżone miejsce jego pochówku...

Jak to możliwe?
- Pochowaliśmy ją na tzw. łączce w kwaterze "Ł" na cmentarzu Powązkowskim, gdzie jak się później dowiedziałam, zostało zakopane ciało ojca. Teraz jest to symboliczny grób i Krysi, i ojca. Wówczas, w 1958 r., było to obrzydliwe miejsce, na które przywożono nie wiadomo co i ciągle rozjeżdżały je koparki. Jednak choć nie odnaleźliśmy szczątków ojca, zaczęły się dziać niezwykłe rzeczy, pokazujące, że nie udało się "zakopać" pamięci o nim. Po 1990 r. ojciec został patronem wielu szkół, drużyn harcerskich, jego imieniem nazwano ulice. Dlatego mówię, że jest takim polskim rycerzem, który ginie, ale nie umiera. Jak widać, trwa...

...pamięć o nim...
- Ojciec zapoczątkował sztafetę - przekazał nam pałeczkę, którą dalej musimy nieść i przekazać innym. Zostawił ślad niemal wszędzie, gdzie się pojawiał. W obozie w Łambinowicach, gdzie przebywał zaledwie przez 12 dni, planuje się uczczenie jego pobytu. Także w wielu innych miejscach (w Grudziądzu, gdzie się uczył, a wkrótce powstanie także pomnik w Warszawie) związanych z jego życiem, a nawet w tych niezwiązanych (Wieluń, Kraków) wzniesiono mu pomniki.

Poza obrazkami zostały Pani jakieś pamiątki po ojcu?
- Niestety, w ogóle nie zostało nam wiele pamiątek z okresu życia w Sukurczach, niemal nic nie zdążyliśmy zabrać ze sobą, nawet dokumentów własności majątku. To jakiś cud, że przynajmniej zachowały się późniejsze listy ojca. Ja przecież, często zmieniając miejsca zamieszkania, cały swój "majątek" mieściłam w walizeczce. Takim samym cudem jest to, że znalazłam gdzieś poemat napisany przez ojca.

Od wielu lat przekazuje Pani pamięć o rtm. Pileckim...
- Gdy podczas PRL przez długie lata nic nie można było o nim pisać ani mówić, było mi ciężko, ale robiłam, co mogłam. Ojciec był dla mnie przez całe życie drogowskazem. Mama nazywała mnie nawet fanatyczką ojca. Kiedyś pełna goryczy spytała: "I za co zginął? Za tę rzeczywistość, która nas otacza?". Oburzona odpowiedziałam: "Mamo, żadna ofiara i żadna śmierć nie jest daremna".

Może jednak ta gorycz była zrozumiała? Przecież rodzina Pileckich złożyła ogromną ofiarę, i to zaczynając już od czasów Powstania Styczniowego. Za udział w nim Pani pradziadek został ukarany konfiskatą majątku...
- Tak, bo nasza Ojczyzna ciągle walczyła i nadal walczy. Podobnie ojciec, który jako młody chłopak i harcerz wziął udział w wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Przeżył tylko krótki czas pokoju, który wykorzystał m.in. na podniesienie z ruiny rodzinnego majątku. Dlatego dziś trwamy i będziemy trwać, bo zbyt wielu naszych przodków poniosło najwyższą ofiarę życia za Ojczyznę.

Na ile te wartości, które przekazywał Pani ojciec, są pielęgnowane i przekazywane, zwłaszcza młodemu pokoleniu, w dzisiejszej Polsce?
- Mam bardzo dobre doświadczenia w kontaktach z młodzieżą, z którą spotykam się w różnych miejscach Polski. Dziś powinna ona przede wszystkim uczyć się dla Polski, a potem dla niej pracować. Właśnie w ten sposób ci młodzi ludzie mogą wyrazić swój patriotyzm i sprawić, by nie musieli wyjeżdżać za granicę za chlebem.

Szkołę życia ojca przekazała Pani też swoim dzieciom i wnukom?
- Oczywiście. Obydwie moje córki wyszły już za mąż i dzięki nim mam pięcioro wnucząt. Jeden z moich wnuków, który jest w pierwszej klasie szkoły podstawowej, zrobił w szkole przedstawienie o pradziadku. Zaś moja wnuczka (IV klasa szkoły podstawowej) napisała piękną pracę o Witoldzie Pileckim. Interesuje się nim także mój najstarszy wnuk Krzysztof.

Jak daleko sięga to zainteresowanie?
Krzysztof Kosior: - Ostatnio zacząłem przygotowywać stronę internetową poświęconą dziadkowi. Zbieram też różne informacje. Chciałem po prostu, byśmy jako rodzina mieli też możliwość prezentacji swoich materiałów w internecie.

Postać pradziadka wpłynęła w jakiś sposób na Pana życie?
- Nie czuję się szczególnie uprzywilejowany z tego powodu, że miałem takiego dziadka. Czasami jednak w różnych momentach życia zastanawiam się, co zrobiłby w sytuacji, w której się znalazłem. Jeśli chodzi o inspirację, to może widać ją w tym, że również lubię rysować. Poza tym staram się po prostu być uczciwym człowiekiem.

Pamięta Pan swoją prababcię?
- Oczywiście, pomagała mnie wychowywać. Chyba nie bez znaczenia było to, że z zawodu była nauczycielką. Uczyła mnie przeróżnych rzeczy, np. czytać cyrylicą. Jako jedyny z moich rówieśników to potrafiłem. Prababcia była bardzo skromna.

Czym Pan się zajmuje zawodowo?
- Architekturą krajobrazu.

Znajdowała Pani z mężem i rodziną czas na odpoczynek? Co robiła Pani np. w trudnych chwilach, których tak wiele Pani doświadczyła?
Z.P.-O.: - Właściwie nie miałam czasu na chwile relaksu. Kilka razy udało nam się jednak wyjechać na odpoczynek do znajomych na Mazury. Jestem jednak bardzo szczęśliwa ze swojego życia. Dzięki wychowaniu, które dał mi ojciec, widzę sens jego ofiary i naszych doświadczeń.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik
5-6 grudnia 2009, Nr 285 (3606)