jesteś na: Strona głównaO Rotmistrzu...

Rotmistrz Pilecki, to był człowiek blisko Boga

2012-11-06

Rozmowa z Andrzejem Pileckim, synem rotmistrza Witolda Pileckiego



Krótki był czas wspólnego życia rodziny Pileckich przed wojną w Sukurczach, gdzie w rodzinnym majątku gospodarzył Pana ojciec. Jak Pan go zapamiętał z dzieciństwa?
- Siedem lat, do wybuchu wojny w 1939 r., żyliśmy razem jako szczęśliwa rodzina. Ojciec był duszą naszej czwórki składającej się z mamy, mojej młodszej siostry Zosi i mnie. Ciekawe życie mieliśmy z ojcem. To było żywe srebro. Organizował nam różne zajęcia w czasie, gdy mama pracowała - była nauczycielką w szkole w Krupie. Gdy wracała po lekcjach, mogła zastać w domu różne niespodzianki. Na przykład ojciec przebierał mnie za ułana, a Zosię za pannę lub mnie za samuraja, a Zosię za gejszę. Albo uczył nas jakiegoś zdania w obcym języku, które potem recytowaliśmy mamie. Była wtedy bardzo zadowolona. Ale niektóre pomysły ojca ją zaskakiwały, np. gdy kazał mi jechać samemu po mamę bryczką. Miałem przecież kilka lat. On robił to wszystko, by przygotować nas do życia - życia godnego, żebyśmy sobie dawali radę, nie byli safandułami. Dlatego dużą wagę przykładał do zajęć sportowych. Od najmłodszych lat zaszczepiał nam też takie cechy, jak prawdomówność, obowiązkowość - musieliśmy codziennie sami słać łóżka, choć w domu była służba. A po modlitwie i porannej toalecie składałem "meldunek": "Tatusiu, melduję, wszystko jest w porządku". I tak było każdego dnia. Potem ojciec brał mnie w pole, wyjeżdżaliśmy - jeszcze przed śniadaniem - na jego ukochanej klaczy Bajce. Oglądał, czy zboże już jest dojrzałe - brał w rękę kłosy, rozcierał, sprawdzał, czy ziarno się sypie. I wtedy mógł wydawać dyspozycje na dany dzień. Jazdę kończyliśmy przy krynicy, z której piliśmy wodę uchodzącą za leczniczą. Dlatego tak dobrze się czuję...

Sukurcze nie były krajem lat dziecinnych Witolda Pileckiego, tylko daleka Karelia. A jednak z wielką miłością do rodzinnej ziemi prowadził gospodarstwo.
- Przed wiekami Sukurcze były siedzibą Narbuttów, następnie Domeyków, od XIX wieku Pileckich. Ostatnim gospodarzem do września 1939 r. był Witold Pilecki. W czasie wojny próby utrzymania posiadłości podejmował brat ojca Jerzy. Ocalałe od zniszczeń wojennych Sukurcze zostały kompletnie unicestwione w 1956 r. w ramach celowych działań rugowania polskości z Kresów. Groby naszych dziadków w kaplicy rozkopano w poszukiwaniu złota. Potężne głazy z fundamentu dworu zużyto do zasypania stawu i krynicy. Jeszcze dziś nie mogę o tym mówić spokojnie. Zniszczono wszystko według moskiewskiej mody - tu przeszła komunistyczna zaraza, która - jak napisałem w posłowiu do poematu ojca o Sukurczach: "budować nie umie, niweczy wszystko i rujnuje".

Na przedwojennych zdjęciach widzimy Witolda Pileckiego prawie zawsze w mundurze. Czy czuł się bardziej żołnierzem, czy ziemianinem?
- Myślę, że bardziej ziemianinem, chociaż bardzo chętnie pracował dla wojska. Zorganizował przecież Przysposobienie Wojskowe Konne, czyli szwadron krakusów, któremu poświęcał dużo czasu. Łożył też na niego spore kwoty, bo synów rolników nie zawsze było stać na zakup potrzebnego wyposażenia. Dzięki temu jego szwadron krakusów był najlepszy w powiecie lidzkim, wygrywał zawody.

Ojciec był też cenionym społecznikiem, założył kółko rolnicze, straż pożarną, mleczarnię, by rolnicy mogli bez pośredników sprzedawać produkty. Jak godził tak wiele obowiązków?
- Miejscowi gospodarze nazywali go "czort". "Kak czort letajet na kanie" - mówili. Ojca rozsadzała energia, szybko się przemieszczał na koniu i wszędzie był obecny. Takie było jego życie czy to w harcerstwie, czy w Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) w 1918 r., kiedy odradzała się Polska. Bardzo ciekawe są jego peregrynacje na Niemnie w czasie wojny polsko-bolszewickiej. 11 lipca 1920 r. wstąpił jako ochotnik do I Wileńskiej Kompanii Harcerskiej, która była częścią 201. pułku piechoty. Razem z nią bronił lewego brzegu Niemna w okolicy Grodna. Po dwóch dniach zaciekłej obrony padł rozkaz odwrotu. W zamieszaniu pozostawiono ośmiu śpiących żołnierzy, co zauważono dopiero po pewnym czasie. Kto poszedł po nich na ochotnika? Ojciec. A wokoło już znajdowały się podjazdy bolszewickie, trzeba było lawirować między nimi. Ojciec zawsze spieszył na pomoc, gdy Ojczyzna tego wymagała. Tak było we wrześniu 1939 r.: chociaż mógł przedostać się przez Węgry na Zachód, został w kraju, bo mówił, że tu będzie potrzebny. Był znany z fantazji, nawet brawury, miał dużo szczęścia, zawsze udawało mu się wyjść z najgorszych opresji. Nawet w takim piekle jak Auschwitz nie tylko wytrzymał dwa i pół roku, ale także zbudował tajną organizację wojskową.

W czasie okupacji spotykał się Pan z ojcem?
- Po opuszczeniu Sukurcz zamieszkaliśmy w Krupie przy szkole. Zimą 1940 r. mamę ostrzeżono, że jesteśmy na liście do wywózki. Uciekliśmy zatem przez granicę do Ostrowi Mazowieckiej, do babci. Wiedzieliśmy, iż nie możemy się często widywać z ojcem - przebywał w Warszawie - że trzeba uważać, żeby nie ściągnąć niebezpieczeństwa ze strony Niemców. Mama była bardzo zajęta. Żeby nas utrzymać, pracowała w księgarni. Musieliśmy z siostrą sami sobie radzić. Ale ojciec wiedział, co się z nami dzieje, nawet znał z listów babci moje różne przewinienia, np. upomniał mnie, gdy strzelałem do ptaków czy niszczyłem motyle. Bardzo lubił przyrodę, zwierzęta.

W wieku, gdy synowie najbardziej potrzebują ojca, Pan był pozbawiony jego wsparcia, rady. Po powrocie do Polski w 1945 r. rotmistrz Pilecki nie mógł połączyć się z rodziną, wykonywał odpowiedzialną misję. Czy mimo to czuł Pan jego opiekę?
- Przyjeżdżał czasami do Ostrowi, cieszył się, że mamy kolegów, że żyjemy w społeczności, nie jesteśmy sobkami. Należałem wtedy do harcerstwa - tuż po wojnie harcerstwo kontynuowało jeszcze tradycyjne wzorce służby. Pewnego dnia przyjechaliśmy z drużyną na odgruzowywanie Warszawy. Dostaliśmy odcinek pracy na ulicy Granicznej. Nasz brat cioteczny był wtedy drużynowym, pozostawał w kontakcie z ojcem, który obserwował naszą pracę, i powiedział mu, że cieszy się, iż robimy dobrą robotę.

Troszczył się o młodzież, także o tę, która pozostawała w lasach w oddziałach podziemia niepodległościowego, nie akceptując narzuconego systemu. Rotmistrz, widząc ich dramat, chciał ratować młode pokolenie. Musiał jednak zdawać sobie sprawę z całej złożoności sytuacji, gdy przekazywał instrukcję generała Andersa o rozładowaniu lasów?
- To była bardzo trudna sprawa. Mało który oficer decydował się ujawnić przed władzą komunistyczną, bo wiedział, co go czeka w bezpiece czy NKWD. Przecież przez Rembertów transporty akowców wciąż jechały na Wschód. Albo wywozili ich i od razu rozstrzeliwali. Chodziło więc o to, żeby chociaż młodych wyprowadzić z lasów. W ostatnią podróż do oddziałów podziemia ojciec udał się do Czerwonego Boru. Wtedy już się prawie nie ukrywał, wracając, zajechał do Ostrowi. Pamiętam, grał w salonie na pianinie. Był smutny, zamyślony.

Może czuł, że niedługo zostanie aresztowany?
- Współpracownica ojca Helena Sieradzka twierdzi, że go ostrzegała, iż jest inwigilowany. Zaprzeczał. Wierzył, że jest bezpieczny. Dziwne, że taki dobry konspirator nie rozpoznał zagrożenia...
8 maja 1947 r. miał przyjechać do Ostrowi na imieniny wuja Stanisława Rogowskiego. Czekaliśmy, ale nie przyjechał. Moja siostra Zosia twierdzi, że w pewnej chwili usłyszała wieczorem pukanie w szybę, mama też to potwierdza. Wybiegły z domu, myśląc, że to ojciec, bo pociąg późno przychodził na stację. Ale nikogo nie było. Jakby ktoś dał nam sygnał, że stało się coś złego.

Czy w czasie śledztwa była możliwość kontaktu z ojcem?
- Tylko mama chodziła na widzenia do więzienia. Ja już go nigdy nie zobaczyłem. Ojciec oddał mamie swoją obrączkę, jedyną rzecz ze złota, która nam ocalała - wszystkie kosztowności zabrali w 1940 r. na granicy krasnoarmiejcy. Mam do dziś tę obrączkę - z wygrawerowanym napisem "Ryś" (od zdrobniałego imienia mamy - Maryś). Na obrączce mamy widniało imię "Wit" (Witold).

Trudno nie zapytać: czy Witold Pilecki musiał zginąć?
- Nie wierzyliśmy, że zostanie stracony. Wiedzieliśmy, że dostał karę śmierci, bo ta informacja, tak jak cały proces, została bardzo nagłośniona w prasie i przez radiowe szczekaczki. Szczególnie mama żywiła nadzieję, że ojciec się uratuje - przecież miał takie zasługi dla Polski, znał wiele spraw z konspiracji. Mógł być jeszcze potrzebny. Nie wiedziała, że są osoby, którym bardzo zależy, żeby przyspieszyć jego śmierć. Przecież rzadko się zdarzało, żeby w tak krótkim czasie, jaki upłynął od skazania, wyrok został wykonany. Przeważnie było to kilka miesięcy albo rok. A w przypadku ojca - dwa miesiące i dziesięć dni.

Jakby komuś zależało, żeby jak najprędzej został pozbawiony życia?
- Jestem tego pewien. Są zresztą relacje potwierdzające tę wersję. Alina Bielecka opowiadała mi kilka lat temu w Kolorado, że przed aresztowaniem ojca, mieszkając na Saskiej Kępie, zauważyła na ulicy afisz zapraszający na odczyt Cyrankiewicza o Oświęcimiu. Powiedziała o tym ojcu. Wyjaśnił, że odczyt się nie odbędzie, bo posłał Cyrankiewiczowi list z informacją, że jest w posiadaniu dokumentu dotyczącego jego pobytu w Oświęcimiu. Odczyt rzeczywiście się nie odbył. Pani Bielecka ostrzegła ojca, iż Cyrankiewicz będzie go szukał. I tak się stało.

Jako premier mógł interweniować w sprawie ojca, doprowadzić nawet do zmiany wyroku?
- Nie wiem, czy miał taką możliwość, ale na pewno coś by robił. A on nawet szkodził ludziom, którzy chcieli w sprawie ojca pomóc. Na przykład Wiktor Śniegucki, przedwojenny "czerwony harcerz", który znał ojca z Auschwitz, po wojnie został zatrudniony jako dyrektor departamentu w Ministerstwie Zdrowia. Po ogłoszeniu wyroku na ojca zbierał podpisy oświęcimiaków, udało mu się zdobyć ok. 30. Poszedł - wysłała go grupa byłych więźniów - do Cyrankiewicza z prośbą o interwencję. Cyrankiewicz oczywiście odmówił. A gdy Śniegucki wrócił do pracy, to już nie był dyrektorem, lecz magazynierem w Polfie na Skierniewickiej.

Cyrankiewicz się bał, że są osoby, które mogą ujawnić coś niekorzystnego dla niego?
- Jeden z dziennikarzy napisał, że więźniowie Auschwitz: Stanisław Dubois, Jaruga - też z PPS, i ojciec jako trzeci wiedzieli, iż Cyrankiewicz wychodził w nocy z gestapo bez żadnej obstawy. Niestety, te informacje podaje tylko jedno źródło - to za mało dla historyków.

Nie udało się nikogo pociągnąć do odpowiedzialności za mord sądowy na Witoldzie Pileckim. Stalinowski prokurator Czesław Łapiński żył spokojnie przez długie lata...
- Byłem na procesie Łapińskiego. Nie wytrzymałem, gdy Łapiński tłumaczył się, że żądając wyroku śmierci dla ojca, wykonywał tylko rozkazy, bo nosił mundur. Krzyknąłem: "Ale pan ten mundur splamił!". Zarzucił mi bezczelność, zaś jego obrońca zaatakował mnie. Sąd powiedział, że jak jeszcze raz się odezwę, to usunie mnie z sali.

Co jako człowiek zawdzięcza Pan ojcu?
- Zawsze zastanawiam się, jak by postąpił ojciec w danym momencie, zwłaszcza w trudnej sytuacji. Dzięki niemu zostałem wychowany na uczciwego człowieka. Ojciec wpoił mi wartości - kapitał na całe życie. Dzięki temu mogłem przetrwać i ciężkie warunki po śmierci ojca - mieszkałem w różnych bursach, i nagabywania, by zapisać się do partii. Walczyłem, by pamięć o ojcu przetrwała, za komuny robiłem ręcznie klepsydry o ojcu, pisałem tam jego całe dossier, kto go zamordował. Wieszałem te nekrologi przy kościołach. Wisiały dzień, czasem dwa, potem esbecy zrywali je, choć przyklejałem dobrym klejem.

Witold Pilecki zawsze podkreślał, że przeżyć Auschwitz pomogła mu wiara. "Byłem i jestem wierzący" - napisał w swoim raporcie. W więzieniu czytał "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza ? Kempis. Na pewno sięgnął Pan po tę książkę, by chociaż w ten sposób towarzyszyć ojcu w ostatnich miesiącach życia. Czy jakieś zdanie szczególnie Pan zapamiętał?
- "Największą przeszkodą do osiągnięcia doskonałości jest miłość własna". To się sprawdza na każdym kroku, w polityce, w sporcie. Ojciec był inny, zawsze myślał o innych, nie patrzył, kto kim jest, tylko czy trzeba mu pomóc. Dlatego w powstaniu żołnierze nazywali go "tatą". Dla niego nie było ważne, czy ktoś jest z lewicy, czy z prawicy, czy jest Polakiem, czy Żydem. Gdy wyszedł z Auschwitz, pomagał rodzinom więźniów, którzy już nie żyli. Na przykład wspierał finansowo i zdobywał lekarstwa dla rodziny Jagiełły, który był związany z lewicą. Charakterystyczna jest historia Barbary Newerly, żony Igora Newerlego, znanego pisarza. Z pochodzenia była Żydówką, ale w czasie okupacji nie mieszkała w warszawskim getcie, przechowywały ją rodziny polskie. Gestapo wypuszczało z getta szmalcownika - też Żyda, który miał węszyć i szukać takich właśnie jak ona. Szantażował panią Newerly. Znał ją. Przychodził co jakiś czas i żądał pieniędzy. Pani Barbara sprzedawała, co mogła, ale w końcu nie miała już czym zaspokoić żądań szmalcownika.
O swoim kłopocie opowiedziała pani, która prowadziła stołówkę z obiadami domowymi przy ul. Krasińskiego na Żoliborzu. Przychodził na nie mój ojciec, znany tam jako "major". Barbara Newerly opowiedziała ojcu o nękającym ją szmalcowniku, skarżąc się, że nie wie, co ma robić. Ojciec dał jej pieniądze i powiedział, że to będzie ostatnia rata. I tak było. Przekazał meldunek i szmalcownik został zlikwidowany przez nasze podziemie. Gdy ojciec został po wojnie aresztowany, Barbara Newerly próbowała go ratować. Chodziła do pierwszej żony Bieruta (była wcześniej woźną w szkole na Żoliborzu) prosić o pomoc. Niestety, nic nie wskórała, bo Bierut przebywał w tym czasie w Moskwie, a Bierutowa była w "odstawce", bo on miał już kogoś innego.

Dramat śmierci Witolda Pileckiego ujawnił różne postawy ludzi. Najmniej wiemy, co działo się z nim w celi więziennej. Przeszedł okrutne śledztwo, był katowany. Nie na darmo powiedział: "Oświęcim - to była igraszka".
- Przeżyłem ciekawe zdarzenie, mieszkając w bursie TBS - Towarzystwa Burs i Stypendiów - na ulicy Tarczyńskiej. Byłem tam zakwaterowany dzięki temu, że prowadzili ten dom Kresowiacy. W wolnych chwilach chodziliśmy do kawiarni nazywanej "Pod Dyktą". Tam kiedyś podszedł do mnie nieznajomy mężczyzna i powiedział: "Siedziałem jako kryminalny w więzieniu na Mokotowie, nosiłem jedzenie do celi twojemu ojcu. Czasami nic nawet nie tknął, był skupiony, jakby się modlił. To był człowiek blisko Boga. Pod jego wpływem postanowiłem nie szkodzić innym".
Ojciec go nawrócił, a on uważał go za świętego. Jeśli to prawda, a chyba tak, to było bardzo wzruszające.

Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Rutkowska
Nasz Dziennik

Sobota-Niedziela, 24-25 maja 2008, Nr 120 (3137)