jesteś na: Strona głównaO Rotmistrzu...

Andrzej Pilecki wspomina ojca

2014-05-29

Jaki był Witold Pilecki? Jak zapamiętał go syn? "Jak coś powiedział, to człowiek czuł respekt. Ale był fajnym facetem. W tyłek od ojca dostałem tylko raz, ale pamiętam to do dziś" - tak Andrzej Pilecki wspomina Rotmistrza w rozmowie z dziennik.pl.


Syn Rotmistrza przyjmuje mnie w swoim niewielkim dwupokojowym mieszkaniu. Na ścianach czarno-białe zdjęcia. Na jednym Witold Pilecki w przedwojennym mundurze. Na drugim przed dużym białym domem stoi dwoje dzieci, pomiędzy nimi kobieta. - To ja z siostrą Zosią, a to niania - wyjaśnia Andrzej Pilecki. Podaje herbatę, siadamy przy stole i powoli przeglądamy pozostałe fotografie poukładane w małym kieszonkowym albumie. - Tutaj babcia, Osiecimska z domu, bardzo fajna bunia, zmarła w czerwcu 1939 roku. Tu szkoła w Krupie, gdzie mama uczyła, tu ojciec skacze na koniu przez przeszkody, ale słabo widać - przeciera palcem pożółkłe zdjęcie. Na jednej fotografii Witold Pilecki siedzi na ganku, obok niego duży pies. Na innej Maria Pilecka na tle białych georgiń w ogrodzie. Na kolejnej mały Andrzejek w ułańskiej czapce śmieje się z Zosią do obiektywu. Jedno zdjęcie odróżnia się od pozostałych. Dzieci stoją poważne, przebrane w za duże ubrania. Pozują. Andrzej Pilecki stuka palcem w fotografię.

Andrzej Pilecki: Proszę się przyjrzeć, tu występujemy w strojach na japońską modłę. Zosia jako gejsza, ja jestem samurajem.

 Ojciec was tak przebierał?

Tak. Miał artystyczną duszę, potrafił dobrać ubrania, skomponować coś interesującego z tego, co znalazł w szafach. Wystarczyła chwila i już nas przebierał. Zresztą uzdolniony był wszechstronnie. Nieważne, czy chodziło o zmagania matematyczne, pisanie wierszy, czy malowanie obrazów. Sprawdzał się we wszystkim. Był ogromnym fanem fotografii. Robił mnóstwo zdjęć i rozdawał rodzinie. Mieliśmy w domu mnóstwo albumów, ale niestety, wszystkie przepadły. Kiedy w czasie okupacji ojciec spotkał się z moją matką, powiedział, że niczego tak nie żałuje jak fotografii, które zostały w Sukurczach.

 Co to były Sukurcze?

Nasz majątek, w zasadzie mająteczek, bardzo stary, liczył sobie około 400 lat. Sukurcze przypominały wyspę pośrodku pól. Leżały około 100 kilometrów na południe od Wilna, przy Lidzie, niedaleko Nowogródka. Nieco dalej płynęła Dzitwa, niedaleko były Stare Wasiliszki, w których urodził się Czesław Niemen. Moja mama znała jego ojca, był nauczycielem jak ona. Od Dzitwy ciągnęły się bagna. Wszędzie pusto, Polska B, mocno zaniedbana w czasie zaborów rosyjskich. Ojciec otrzymał gospodarstwo po swoim ojcu i osiadł na roli. Nie musiał tego robić, bo miał mnóstwo innych zainteresowań. Mógł choćby skończyć studia w Wilnie na Akademii Sztuk Pięknych. Ale on nie, uparł się, że doprowadzi Sukurcze do świetności. Zresztą nie tylko Sukurcze, całą okolicę próbował wyrwać z gospodarczego marazmu.

 W jaki sposób?

Miał trochę książek o rolnictwie, zdobywał je w czasie studiów zaocznych na Akademii Rolniczej w Poznaniu. Pożyczał rolnikom, ale organizował również spotkania, wykłady - wszystko to, czego uczył się na studiach, przekazywał sąsiadom. Nowoczesne sposoby uprawiania roli, płodozmiany, nawet ośmiopolówka - nikt wcześniej na Kresach o takich rzeczach nie słyszał. A muszę przyznać, że dobrze mu to rolnictwo wychodziło. Przyjaźnił się z nami sam Edward Śmigły-Rydz. Przyjeżdżał, a ojciec uczył go, jak pielęgnuje się jabłonki. Teściowi Śmigłego-Rydza dał nawet możliwość polowania w naszych lasach. Pan Thomas był leśniczym, wtedy już emerytem, ale wciąż lubił sobie do zajęcy postrzelać.

Kilka lat temu byłem w Sukurczach, wybrałem się odwiedzić rodzinne okolice. Z domu i zabudowań nic nie zostało. Jest tylko pagórek, ustawiłem tam znicz. Zamówiłem za rodziców mszę w kościele w Krupie, tam gdzie byliśmy z Zosią ochrzczeni, trzy kilometry od Sukurcz. Spóźniłem się na mszę, przybiegam, a pod kościołem podchodzi do mnie nieznana mi babuleńka, wyciąga w drżących rękach jakieś strzępy papierowe i mówi: "Ja tobie musiała to oddać, ja tu czekam już od szóstej rano". To były książki, które pożyczyła od ojca w latach trzydziestych. Jedna o tym, jak obchodzić się z mlekiem, w jakiej temperaturze je przechowywać, jak się sery produkuje, a druga to jakaś beletrystyka. Tak się wtedy wzruszyłem... Nawet dziś nie mogę o tym spokojnie opowiadać... Po tylu latach pamiętała mojego ojca.

 A Pan jak zapamiętał ojca? Jaki był w domu? Surowy?

Był raczej taki, że jak coś powiedział, to człowiek czuł respekt. Ale był fajnym facetem. Trochę jakby podejrzewał, że nie będzie miał dla mnie i Zosi zbyt dużo czasu w życiu, bo intensywnie ładował nam do głów różne wartości - prawdomówność, religijność. Przygotowywał mnie też do życia od praktycznej strony. Razem jeździliśmy w pole, tłumaczył mi, jak odróżniać gatunki zboża, uczył zajmować się zwierzętami. Miałem może sześć lat, jak wysłał mnie bryczką po mamę do szkoły. Samego. Trzy kilometry przez pola, droga w miarę prosta, od nas z domu widać było kościół, nie można było się zgubić. Ale ojciec tłumaczył: "Nie wolno ci konia uderzyć batem, a jak kogoś kołem zaczepisz na drodze, to przeproś grzecznie". A ja oczywiście, jak tylko za górką się schowałem i myślałem, że już mnie nie widzi, od razu konia pogoniłem. Tylko że ojciec był cwany. Wszedł na drzewo, a przy domu rosły ogromne topole, i stamtąd mnie obserwował. Kiedy wróciłem, powiedział: "Nie słuchałeś mnie".

 Dostał Pan za to w skórę?

Nic mi wtedy nie zrobił. W tyłek od ojca dostałem tylko raz, ale pamiętam to do dziś.

 Co Pan przeskrobał?

Ojciec wymyślił sobie, że powinniśmy jeść owsiankę. Ja tej cholery nie lubiłem, owsiankę nauczyłem się jeść dopiero w kawalerskich czasach, jak byłem na swoim garnuszku. No i ojciec naładował mi owsianki do miseczki, dostałem łychę i musiałem jeść. Ale jak tylko na chwilę wyszedł, ja zobaczyłem mysią dziurę przy podłodze i całą owsiankę tam wepchnąłem. Niestety, zrobiłem to dość niedokładnie. Ojciec dość szybko wrócił i pyta zdziwiony: "A ty co, zjadłeś już?", na co ja odważnie: "Tak". On się wtedy rozejrzał, zobaczył resztki owsianki przy mysiej dziurze i mówi: "Kłamiesz i dostaniesz karę. Nie za to, że zmarnowałeś owsiankę, ale za to, że kłamiesz". Porządnie wtedy oberwałem. W wychowywaniu był zdecydowany. Kazał nam zajmować się sportem, przypominał, żeby zachowywać wyprostowaną postawę, uczył nas pływać. No i te poranne meldunki...

 Jakie meldunki?

Kiedy się budziliśmy, musieliśmy samodzielnie posłać łóżka, równiutko, choć była w domu niania, która mogłaby to robić za nas. Potem modlitwa, mycie zębów, ubieranie się i jedno z nas mówiło: "Kochany tatusiu, melduję, że wszystko jest w porządku". Dopiero wtedy mogliśmy przystąpić do śniadania. Te meldunki wynikałby chyba z jakiejś jego nostalgii za wojskiem.

 Ojciec był wtedy bardziej rolnikiem czy żołnierzem? Trzymał w domu broń?

Cała ściana w naszym domu była w białej broni. Na arrasie wisiały szable, szpady, rapiery, maski do szermierki. Przyjeżdżał do ojca Aleksander Żeligowski, też wojskowy, przyjaciel z Lidy, i razem fechtowali. Jest nawet takie zdjęcie, jak siedzą na ganku. Ja kiedyś z ciekawości pociągnąłem za tę tkaninę z bronią i całe to żelastwo na mnie spadło. Strzeliłem też raz z pistoletu ojca. Zosia twierdzi, że chciałem ją zabić, ale to nieprawda. Znalazłem go w rzeczach ojca, był nabity. Położyłem na podłodze, pociągnąłem za spust, a pistolet wypalił jak cholera. Mama od razu przybiegła przestraszona, a ja mówię: "To nie ja, to kuzyn". Taki bezczelny byłem. Bo mieliśmy obok kuzynostwo ojca, kuzyn strzelał często w swoim obejściu.

 Gdy wybuchła wojna i Pański ojciec ruszył na front, Rosjanie nie nachodzili was pod jego nieobecność? Chyba wiedzieli, że w 1920 roku Witold Pilecki walczył z bolszewikami?

Proszę pana, tylko dzięki temu, że moi rodzice byli znani i lubiani w okolicy, ja mogę teraz z panem rozmawiać. Były dwie wywózki na Syberię, jedna jeszcze w 1939 roku, a druga w lutym 1940 roku. My byliśmy przeznaczeni do tej drugiej. Na szczęście mamę ostrzegł jej były uczeń, lokalny działacz komunistyczny, i uciekliśmy w porę. Środek zimy, przez pola, na stację kolejową. Tak dotarliśmy do Ostrowi Mazowieckiej, do babci.

 Wiedzieliście, że ojciec zgłosił się na ochotnika do Auschwitz?

Ja dowiedziałem się o tym dość późno. Nikt mi wtedy nic nie mówił, choć miałem już dziesięć lat. Ojciec pisał listy z obozu do wujenki, ona przychodziła i pokazywała je mamie. Pewnego razu jeden z nich wpadł w moje ręce i zauważyłem na nim jakiś rysunek. Poznałem rękę ojca. Tak dowiedziałem się, gdzie jest.

 Po ucieczce z obozu ojciec przyjeżdżał do was do Ostrowi?

Kilka razy przyjechał. Pamiętam, że wnosił do domu jakiś taki wesoły nastrój, fajnie było się z nim spotkać. Od razu włączał się w rytm, angażował mnie i moich kolegów, łapał na przykład za piłę, biegł wycinać klocki z drewna, ustawiał je i kazał nam rzucać kamieniem, żeby je strącać i trenować oko. Albo robił gry planszowe, rysował planszę do Chińczyka, pionki przygotowywał z guzików. Można powiedzieć, że był człowiekiem czynu. Kiedy tuż po wojnie pojechałem z moim hufcem harcerskim na odbudowywanie Warszawy, obserwował mnie z ukrycia. O tym wyjeździe powiadomił go mój drużynowy. Utrzymywali potajemnie kontakt. Wybierałem z kolegami gruz z ulicy Granicznej przy Grzybowskiej, i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że ojciec na mnie patrzy. Potem mnie pochwalił: "Dobrą robotę robicie".

 Pamięta Pan ostatnie spotkanie z ojcem?

Tak, miało miejsce jakiś miesiąc przed aresztowaniem w 1947 roku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dostał rozkaz wyjazdu z Polski, że UB było na jego tropie. O wszystkim dowiedziałem się później. Przyjechał z okolic Czerwonego Boru niedaleko Zambrowa, gdzie rozwiązywał oddziały partyzanckie, żeby młodzież nie deprawowała się od siedzenia w lasach. Pamiętam, że gdy wszedł do domu, był zupełnie inny, poważny. Zniknęła gdzieś jego wesołość.

 Nie chciał uciekać z Polski?

Wprost przeciwnie. Nalegał, żebyśmy to my wyjechali z kraju, on chciał zostać. Ale mama się nie zgodziła.

Po aresztowaniu, procesie i wyroku śmierci ojciec przekazał Pańskiej matce metalowy grzebyk...

Mam go do dziś.

... i zalecenie, abyście z Zosią czytali książkę średniowiecznego mistyka Tomasza z Kempis "O naśladowaniu Chrystusa". Czytał ją Pan?

Oczywiście. Kupiłem przy pierwszej okazji. Kiedy już pracowałem jako główny inżynier w ośrodkach obliczeniowych - najpierw w Polfie, a potem w Ministerstwie Chemii, przy Instytucie Chemii Przemysłowej na Żoliborzu - miałem nocne dyżury. Spokój, cisza, dobry nastrój do czytania. Ale to bardzo ciężka lektura. Właściwie można otworzyć ją na dowolnej stronie i zacząć z dowolnego miejsca

Kiedy dowiedzieliście się, że ojciec nie żyje?

Nie pamiętam dokładnie, ale na pewno nie za szybko od wyroku. Przez długi czas mama łudziła się, że może Rosjanie trzymają go gdzieś na Łubiance, może cierpi, może go biją, paznokcie mu wyrywają, ale może żyje. Miał przecież dużą wiedzę, mógł być im przydatny. Dlatego mieliśmy nadzieję.

 Docierały do was jakieś sygnały, jak był traktowany w więzieniu na Rakowieckiej?

Kiedyś w tak zwanym barze pod dyktą, w Alejach Jerozolimskich przy placu Zawiszy, tam gdzie potem była siedziba "Expressu Wieczornego", podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Powiedział, że był więźniem kryminalnym na Rakowieckiej i roznosił jedzenie po celach. "Twojemu ojcu nosiłem miskę" - powiedział. "Na dobrą drogę mnie nawrócił, ja już ludziom nie szkodzę, a mokrą robotą też się zajmowałem". Opowiadał mi, że mój ojciec był skatowany, ale siedział spokojnie, nie chciał jeść, tylko - jak to określił, "rozmawiał z Bogiem". Wiem, że ojciec potrafił tak się skupić, że nie wiedział w ogóle, co się wokół niego dzieje. Może dlatego jakoś znosił te tortury.

"Oświęcim to była igraszka". Tak rotmistrz Pilecki powiedział Pańskiej matce po śledztwie.

Bo oni się nad nim znęcali. Na przykład złamali mu oba obojczyki. I to już po wyroku, kiedy wiedzieli, że mają go jak na widelcu. Robili z nim co chcieli. We mnie wciąż się wszystko gotuje, kiedy o tym pomyślę. Ja jestem dziecko ulicy i mówię wprost: to sk...syny.

Rozmawiał: Mariusz Nowik
Źródło: dziennik.pl